start     subskrypcja     konkursy     polecamy     pobierz     audiodeskrypcja     przetargi i oferty pracy    
       
mixcloud   youtube   twitter   facebook   english version   
RELACJE  >  SZCZEGÓŁY
"Biała gwiazda" nad Korabnikami
Stanisław Cinal

Było popołudnie 26.12.1944 r. W czystym jak kryształ powietrzu połyskiwały w słońcu dwie latające fortece. Leciały nad naszymi głowami z zachodu na wschód. W Korabnikach przy kapliczce Marii Magdaleny obserwowaliśmy je ze Zdziskiem Liskiewiczem, moim starszym kolegą. Nieco później wlekła się za nimi dużo poniżej, trzecia forteca B-17. Czy było to "Candie"? Nie wiem, ale potem z kierunku północnego prosto z nad Sidziny z wielkim hukiem silników naleciała nad nas przy kapliczce. Trzydziestometrowa rozpiętość skrzydeł "Candie" i ponad dwadzieścia metrów jej długość widziana w locie i tak blisko z detalami uzbrojenia i osprzętu, spowodowała we mnie, wówczas bardzo młodym człowieku, niesamowite przeżycie, które w pamięci pozostało do dziś. Nieruchome śmigło silnika nr 4 i ciągnąca się smuga dymu z silnika nr 3 - zwracały na siebie uwagę. Dopiero teraz zrozumiałem w jak trudnej sytuacji znalazła się załoga "Candie". Wystrzelone przez nią rakiety w białym kolorze, były desperackim sygnałem szukania ratunku. Tylko lądowanie mogło być dla nich pomocą. Tymczasem Niemcy ten znak zignorowali, posyłając serię pocisków do "Candie" - jakby dokonywała desantu - kiedy ona w kręgu z nad kapliczki przelatywała nad stanowiskami artylerii przeciwlotniczej w Kobierzynie. Słyszeliśmy odgłosy strzelaniny. Zapewne w tym czasie piloci "Candie" oglądali miejsce planowanego lądowania. Miejscem tym były rolnicze pola między Sidziną a Opatkowicami (obecnie zagospodarowane autostradą A4) przecięte bocznicą kolejową, używaną do transportu węgla do szpitalnej kotłowni w Kobierzynie. Niewątpliwie nasyp torowiska z linią telefoniczną zwiększały ryzyko lądowania, ale lecącej na minimalnej prędkości "Candie" sekundy utrzymania w powietrzu były policzone. Jak na dłoni, widzieliśmy ją podchodzącą do lądowania w Sidzinie. Po wygaszeniu silników - dobrze słyszanych przy kapliczce - "Candie" poszybowała lotem ślizgowym na spotkanie z Kobierzyńska ziemią.

Później William Nassif bombardier "Candie" o lądowaniu pod Krakowem napisze..."Wszyscy oprócz pilotów i mechanika zajęliśmy pozycje do awaryjnego lądowania w przedziale radiowym. Lądowanie z wciągniętym podwoziem na wybranym polu było perfekcyjne - już po wojnie przeżywałem gorsze lądowania samolotami rejsowymi w Minneapolis."

Przebywający najbliżej szczęśliwego lądowania "Candie" Staszek Pękala z Asutriakiem mieli okazję jako pierwsi spotkać się z załogą. Jednak kiedy Anton zorientował się, że pośród garstki Polaków, tylko on jest niemieckim żołnierzem, wolał z miejsca się wycofać. Powrócił dopiero w kolumnie samochodowej w której jechał Wiesiek Mackiewicz z kolegami. Ze Zdziskiem Liskiewiczem na miejsce awaryjnego lądowania "Candie" przybyliśmy dużo później. Pokonanie odległości 6-7 km pochłonęło nam trochę czasu i nie było nam dane zobaczyć śmiałą i odważną załogę. Zastaliśmy jedynie zbiegowisko ludzi i Niemców dokonujących przeglądu uszkodzonego bombowca. Wśród żołnierzy rozpoznaliśmy zamieszkałego we dworze oficera Luftwaffe. Jego podsłyszane wówczas opinie godne są odnotowania. Po szczegółowym przeglądzie miejsca lądowania latającej fortecy, nie ukrywał on zachwytu, ze wzorowo wykonanego lądowania bez podwozia i był pełen uznania dla pilotów, których nazwiska dziś znamy: por. Herry Filer, drugi pilot por. Alfred Cryer.

Pośród dziesięciu członków załogi tylko dwóch zostało rannych. Alianci trafili do niewoli, ale po wojnie wrócili do Ameryki. Wrak samolotu został zabrany przez Niemców na lotnisko Rakowice-Czyzyny i mógł posłużyć jako transportowiec do desantu żołnierzy na tyły wroga przez specjalny oddział Luftwaffe KG-200. Inne źródła podają, że B-17 o numerze 46337, czyli "Candie" została zestrzelona w barwach Luftwaffe w marcu 1945 nad Holandią przez jeden z amerykańskich myśliwców.

Historia amerykańskiego bombowca była długo komentowana przez okolicznych mieszkańców. Opowiadano o wspaniałym pokazie umiejętności pilotów, którzy bez szwanku dla załogi i maszyny wylądowali, starannie wybierając teren z daleka od siedzib ludzkich. Były też dyskusje o bohaterskiej postawie i odwadze wobec oczywistej groźby niewoli, do której lotnicy później trafili. Pamięć o tych wydarzeniach przetrwała nie tylko w opowieściach, także w dokumentacji Muzeum Armii Krajowej w Krakowie i przekazach żyjących świadków oraz tych, którzy organizując rocznicowe spotkania chcą pamiętać.

Muzeum Armii Krajowej, 26 stycznia 2012 r.

wstecz



              Muzeum Armii Krajowej im. Generała Emila Fieldorfa - Nila